Wspomnienia Wacława Liniewicza cz. XII (W. Liniewicz (l. 81) ze Szczecinka. Świadek historii, sybirak, społecznik, patriota).
Wspomnienia Wacława Liniewicza cz. XII (W. Liniewicz (l. 81) ze Szczecinka. Świadek historii, sybirak, społecznik, patriota).
Zbliżając się do „jesieni życia” człowiek coraz częściej wraca wspomnieniami do lat dzieciństwa i młodości. I co w tym ciekawe, że to , co zdarzyło się w tamtych czasach jest bardzo wyraźne zapisane w pamięci , jak w książce. Wystarczy otworzyć kartę z pamięci, z dziecięcych lat, a wszystko jawi się w najdrobniejszych szczegółach.
Pamiętam swoją babcię, krzątającą się po mieszkaniu. Jej charakterystyczny chód z takim „szuraniem” po podłodze. Pamiętam jej poranną modlitwę: „ Kto się w opiekę odda Panu swemu…”. Pamiętam wytarty drewniany różaniec, starą książeczkę do nabożeństwa oprawioną w czarną skórę – spoczywające na domowym ołtarzyku w narożu pokoju. Tam był też obraz Jezusa Miłosiernego,krzyż, gromnica i woda święcona z kropidłem.
Dom wydawał mi się wtedy taki ciepły i bliski. Babcia stawała w każdej potrzebie , zacałowała każdy ból, nakarmiła, nauczyła modlitwy i ułożyła do snu. Babcia była w domu najważniejszą osobą, cieszyła się wielkim szacunkiem, a to, co powiedziała i zarządziła nie podlegało dyskusji. Każdy w rodzinie miał obowiązki , ale też prawa w zależności od wieku i usytuowania w hierarchii rodzinnej.
Gospodarstwo nasze nie było wielkie, dlatego ojciec pracował dodatkowo w tak zwanym majątku. Wszystkie obowiązki prowadzenia gospodarstwa spadały na mamę i na nas dorastających. Każde z nas miało przydział odpowiedniej pracy w zależności od wieku. Tak więc: siostra zajmowała się ogrodem warzywnym i kwiatowym; starszy brat - uprawianiem pola, a moje zadanie polegało na pasaniu krów, jako najlżejsza praca dla najmłodszego. Potem ten obowiązek przeszedł na młodszych braci.
Najtrudniejsze były prace sezonowe: sianokosy, żniwa i wykopki. Stawała wtedy do pracy cała rodzina, od najmłodszego po najstarszego. Tylko babcia miała przywilej pozostania w domu i przygotowania nam posiłku. Ojciec mój był świetnym kosiarzem, pamiętam jego zamaszyste rytmiczne i równe pociągnięcia kosą, i odkładający się pokos świeżej i pachnącej trawy. Wieczorem, po zachodzie słońca, byliśmy zmęczeni, a tu jeszcze trzeba odrabiać lekcje. Naprawdę z trudem przychodziło nauczenie się wiersza, napisać wypracowanie czy rozwiązać zadanie z matematyki. Ostatkiem sił dostawał się człowiek do łóżka, a noc była zawsze taka krótka. Rano znów trzeba było wstać i znów praca i nauka. Zazdrościłem tym kolegom szkolnym z miasta, których obowiązkiem była tylko nauka. Trudno było mi im dorównać w nauce czy sporcie, ale tym większe było moje dążenie, by nie być od nich gorszym. Patrząc z rodzinnego „parteru” często byłem świadkiem dyskusji „na górze” między rodzicami. Rodzice doświadczeni przeżyciami na Wschodzie (zesłanie na Sybir) starali się przystosować do rzeczywistości w PRL.
Ojciec, który przeszedł cały szlak bojowy z II Armią Wojska Polskiego (kończył wojnę w stopniu oficerskim) był optymistą. Wierzył w lepszą przyszłość. Rzucane wtedy hasła ( coś w rodzaju: „wybieramy przyszłość”) łatwo wpadały w ucho, pobudzały chęć do pracy i poświęcenia się społeczeństwu. Ojciec zaczął działać społecznie i wstąpił do partii. Mama i babcia były temu przeciwne i dochodziło do kłótni. Mamie ta partyjna działalność wydawała się podejrzana, szczególnie wtedy, kiedy zaczęto zakładać kołchozy, u nas zwane: „spółdzielniami produkcyjnymi”. Płakała, mówiąc, że uciekała od kołchozów, a tu ją znów dogoniły.
Pamiętam też moment taki, kiedy ojciec uwikłany w pracę społeczną organizował pomoc dla panny z sześciorgiem dzieci. Z domu zaczęły ginąć potrzebne przedmioty, warzywa, owoce itp. oczywiście ojciec przyjął partyjną zasadę, że: „wszystkie dzieci nasze są”. Tego było już za wiele! Mama w przypływie emocji wyłożyła ojcu „kawę na ławę”, mówiąc: „ - Popatrz Adasiu. Pięcioro naszych dzieci ma tylko jednego ojca, to znaczy ciebie, a tamte dzieci mają sześciu ojców. Jeśli traktujesz wszystkie sprawiedliwie i równo, to czemu zaniedbujesz swoje dzieci?
Argument był oczywisty, ale konflikt narastał.
Partia „dbała” o swoich członków organizując częste zebrania, odprawy i szkolenia, na które to uczęszczał mój ojciec. W pamięci utkwił mi fakt z pewnej jesieni… Otóż, jak zwykle posadziliśmy ziemniaki na prawie hektarowym kawałku. Jesienne wykopki zaczęły się dość wcześnie. Przystąpiliśmy do kopania całą rodziną, ale w partii zaczął się również sezon wyborów. Ojca ciągle odrywano od pracy na jakieś szkolenia i narady, a my kopaliśmy i kopaliśmy, bo rok był urodzajny. Mama ciągle przypominała ojcu o konieczności zwiezienia ziemniaków do piwnicy pod domem, lecz ojciec miał pilniejsze zajęcia (wybory). I tak czas mijał; kończymy wykopki, aż przyszedł mróz i wszystko zamarzło. Cała praca rodziny poszła na marne. Trzeba było likwidować hodowlę świń (podstawowe źródło dochodu). W rodzinie zapanowało „piekło”. Ojciec wracając z wyborów wygłodniały zastawał przy stole obiad przyrządzony ze zmrożonych ziemniaków. Uznając to za zniewagę rzucał talerzami o ziemię i wychodził z domu. Doszło do tego, że pozostał tylko jeden talerz, ale na szczęście mama postarała się o miskę aluminiową i problem został rozwiązany. Jednak konflikt pozostał.
Traf chciał, że w czasie, gdy mama przyrządzała pokarm dla świń – przyjechał po ojca ważny powiatowy sekretarz partyjny. Pofatygował się, wysiadł z samochodu, wszedł na podwórze i zapytał, czy mąż jest w domu. Mama mu powiedziała „chodź pan tu”. Sekretarz nie podejrzewając późniejszego obrotu sprawy wszedł do paszarni. Chyba całą złość i to wszystko, co nagromadziło się w mamie w ciągu ostatnich dni – poderwało zwykłą kobietę do czynu… Trzymanym w ręku tłuczkiem do kartofli „przylała” sekretarzowi po łysej głowie, ale widać zdenerwowanie i nadmiar emocji spowodowały to, że cios trafił dostojnego gościa w ramię. Nie spodziewając się takiego powitania sekretarz „podał tyły” . Uciekającego partyjniaka dosięgnął cios w plecy, mocniejszy od pierwszego ciosu. To dodało sił uciekającemu. Samochód z piskiem opon odjechał uwożąc sekretarza spod naszego domu. Po niecałej godzinie pojawiło się pogotowie ratunkowe z sanitariuszami i kaftanem bezpieczeństwa. Wsadzono biedną mamę , już dość spokojną, do karetki i zawieziono na pogotowie. Tam odbyły się badania psychiatryczne i liczne pytania o przebieg zdarzenia. Mama opowiedziało o wszystkim wraz ze szczegółami. Co się działo?! Pół pogotowia skręcało się ze śmiechu ( jak pisał Wojciech Młynarski w swojej piosence kabaretowej). Ostatecznie mamę po badaniach zwolniono do domu, przepisując środki uspakajające, a ojca zawieszono w członkostwie w partii. W uzasadnieniu napisali, że ojciec nie potrafił wychować żony w duchu bezgranicznej wiary do partii. Ojciec długo zastanawiał się nad tą sytuacją. W końcu zrezygnował z członkostwa w partii, odesłał swoją legitymację zostawiając tylko swoje zdjęcie, które trafiło do rodzinnego albumu. Zdarzenie te miało swój epilog. Otóż w latach 80. , kiedy wprowadzono kartki na mięso w sklepach ustawiały się długie kolejki. Mama, mieszkająca już w mieście, wstawała o godzinie 5 rano, aby stać w kolejce. Jakież było jej zdziwienie, gdy pewnego razu stanął w kolejce znajomy sekretarz. Ze zdziwieniem poznał mamę i zapytał: - „Pani tu też?”. Odpowiedziała: - „Tak też tu stoję, ale chyba za mało pana biłam, że doszliśmy do takiej ruiny gospodarczej?”. Oczywiście były sekretarz wycofał się z kolejki i nie zrobił zakupu.
Prawdą jest , że w sklepie były trzy kolejki o różnej długości. Najkrótsza była dla kombatantów ZBOWiD. Mama umyśliła sobie, że tez powinna „załatwić” sobie legitymację kombatancką dla celów kolejkowych. Udała się do biura ZBOWiD. Tam ją zapytano, czy walczyła o wolność i demokrację. – „Oczywiście, że tak!” - powiedziała. Dodała, że: - „Przeżyłam Syberię, uratowałam od głodu i zimna rodzinę, a w końcu pobiłam sekretarza powiatowego partii”. - No tak. Musi pani wstąpić do innego ZBOWiD – odpowiedział jakiś ważny urzędnik. Tak więc mama nie doczekała roku 1990, w którym mogła wstąpić do innego ZBOWiD ( zmarła w 1986 r.).
Na koniec refleksja… Czas płynie jak wartka rzeka. Minął rok 2000., potem pamiętny rok 2010. Wspominam babcię, która przeżyła 97 lat, a zmarła w 1958 roku. Urodziła się w roku 1861, czyli dwa lata przed wybuchem Powstania Styczniowego. Po upadku Powstania, władze carskie skonfiskowały jej rodzicom wszystkie posiadłości. Rodzinie udało się uniknąć aresztowania i zsyłki na Sybir. Potem przeżyła burzliwe lata XX wieku, w tym I Wojnę Światową, przed którą uratowała mego ojca Adama (zmieniając mu datę urodzenia), następnie rewolucje, z których jedna zabrała jej ukochanego syna Władka (jestem do niego podobny). Przeżyła też śmierć trzech córek, a potem zsyłkę na Syberię z cała naszą rodziną. Tam nas ratowała przed zimnem i głodem. Kiedy jej syna (mego ojca Adama) powołano do Armii Polskiej u boku ZSRR, to na znak błogosławieństwa wyposażyła go w obrazek Jezusa Nazarejskiego z modlitwą. Ojciec (kilka razy ranny) wrócił z wojny, a ten obrazek jest teraz naszą rodzinną relikwią. My wnukowie Babci (a wychowała nas pięcioro) zamieściliśmy na Jej grobie krótką modlitwę: „ Panie, daj niebo tej, która nauczyła nas modlić się.”
Wacław Liniewicz.
- Zaloguj się aby dodawać komentarze
- 465 widoków