Współczucie w znaczeniu współuczestnictwa w problemach bliźniego ....

Przez Bożena Ratter , 08/02/2026 [23:22]

Mówiąc o idei albertyńskiej, warto zatrzymać się nad pojęciem „ludzi bezdomnych”. W ścisłym słowa znaczeniu dotyczy ono tych osób, które nie mają własnych mieszkań i tułają się po ulicach. Wprawdzie w naszym kraju władze państwowe w 1950 r. zlikwidowały wszystkie przytułki dla bezdomnych, uważając problem za nie istniejący, ale wystarczy wyjść wieczorem na dworzec kolejowy w wielkim mieście, aby zobaczyć, że życie pokazuje co innego. Brak jest statystyk, lecz bezdomnych w Polsce trzeba liczyć w dziesiątkach tysięcy. 

Smutny jest przy tym fakt, że oficjalna propaganda do dnia dzisiejszego nie jest w stanie „przełknąć” tego faktu, odwracając uwagę społeczną od sprawy bezdomnych. Szczytem zakłamania była na przykład akcja zbierania śpiworów dla bezdomnych w Nowym Jorku, gdy w tym samym czasie co kilka dni umierała jakaś osoba w krakowskich kanałach czy w ruderach na warszawskiej Pradze- wiele lat temu pisał ks. Tadeusz Isakowicz - Zaleski o obrzydliwej propagandzie Jerzego Urbana w stanie wojennym, która zapewniała m.in. że w Polsce żyje się lepiej niż w USA.

Od  początku listopada z wychłodzenia zmarły 42 osoby -  poinformowała we wtorek Komenda Główna Policji w Łodzi.  Bezdomni i pozbawieni odpowiedniego ogrzewania mieszkań. Z biedy. Nadal nie tylko brak statystyk biedy i bezdomności i oficjalna propaganda odwraca uwagę społeczną od sprawy bezdomnych i biednych Polaków. Czy nie jest zakłamaniem pomoc dla Ukrainy, w obliczu miliardów defraudowanych przez ukraińskich milionerów i członków rządu?

W szerokim słowa znaczeniu bezdomni to też osoby, które wprawdzie posiadają mieszkanie i dowód osobisty, ale nie znajdują miejsca ani w społeczeństwie, ani nawet we własnych rodzinach. Dotyczy to przede wszystkim chorych psychicznie, alkoholików, recydywistów powracających po wielu latach więzienia, samotnych matek, sierot z domu dziecka, zniedołężniałych staruszków opuszczonych przez swoje dzieci i wielu, wielu innych osób. Na dobrą sprawę za bezdomnego można uznać każdego, kto czuje się samotny, opuszczony i nieszczęśliwy. I każdy z nich - w myśl idei Brata Alberta - ma prawo do miłości i pomocy z naszej strony. Wszyscy oni bowiem są prawdziwymi skarbami Kościoła! –pisał ks. Tadeusz Isakowicz Zaleski. 

Współczucie w znaczeniu współuczestnictwa w problemach bliźniego okazuje się być najlepszą drogą do ludzkiej duszy. „Płacz, płacz z płaczącymi” - mówią słowa włoskiej pieśni religijnej - „ciesz się, ciesz z cieszącymi”. Pomoc materialna, gdy nie jest poparta naturalną życzliwością i dobrocią serca, staje się tylko filantropią. Może nawet zranić i odepchnąć obdarowanego. Dawanie jest wielką sztuką...

I znów niech mi wolno będzie posłużyć się świadectwem życia, tym razem śp. Józefa Sawy, jednego z wielkich „skarbników Kościoła”. Pochodził on z prostej wiejskiej rodziny. W czasach powojennych, jak wielu jego rówieśników, poszedł w poszukiwaniu pracy do budującej się Nowej Huty.

Pracował bardzo ciężko w Kombinacie Metalurgicznym. Był to czas, gdy ta tworząca się dzielnica Krakowa miała - według odgórnych założeń – stać się wzorowym społeczeństwem socjalistycznym, a więc społeczeństwem bez Boga. Jednak wola ludności tam mieszkającej była inna. 

Gdy po październiku 1956 r. zmieniła się oficjalna polityka, przystąpiono do wznoszenia pierwszej nowohuckiej świątyni. Kurs polityczny jednak znów się zmienił i władze dzielnicy postanowiły zamknąć plac budowy. W kwietniu 1960 r. robotnicy przez trzy dni bronili przed milicją drewnianego krzyża. Wśród broniących był i Józef Sawa. Skazany za to został na półtora roku więzienia.

Przeżycia te wyrobiły u niego szacunek i zrozumienie ludzkiej biedy. Poza tym obudził się w nim wielki kult znaku Krzyża Świętego. Gdy nastał czas „Solidarności”, był jednym z pierwszych, który zawiesił krzyż na fabrycznej ścianie. Zawiesił i otoczył go wielką czcią. Z tego powodu nawet zyskał sobie w pracy miano „Józka od Krzyża”. W stanie wojennym po stłumionym strajku wyniósł krzyż z zakładu pracy i ukrył go we własnym domu. W tym czasie starał się bardzo pomagać innym. Będąc przedstawicielem struktur związkowych, odwiedzał potrzebujących, zwłaszcza rodziny swoich zmarłych kolegów. Zmarł w 1987 r., ale pamięć o nim przetrwała wśród robotniczej braci.

Przetrwał również jego krzyż, który w czasie majowego strajku w 1988 r. znów został zawieszony na starym miejscu w fabrycznej hali. Przed krzyżem tym odprawiałem msze św. dla strajkujących, a dla wszystkich nas tam obecnych krzyż ten był znakiem nadziei i wytrwania. Wisi on tam do dnia dzisiejszego. (ks. Tadeusz Isakowicz Zaleski

Oni wciąż są i walczą z krzyżem i jego obrońcami. Zamiast Jerzego Urbana mają technologię i  media  karmione przez wyszkolonych  inżynierów społecznych, którym ulegamy zapominając o własnym rozumie i woli.