Czy Polska oddaje walkowerem udział w odbudowie Ukrainy? (Hubert Trammer, Cezary Gmyz)

Przez Blogpress , 05/02/2026 [19:02]

16 stycznia 2026 roku w Domu Trójmorza odbyła się rozmowa z Cezarego Gmyza z Hubertem Trammerem  ̶  architektem, nauczycielem i publicystą, który w latach 2022-2025 był w Ukrainie trzynastokrotnie, łącznie 73 dni, uczestniczył tam w związanych z odbudową konferencjach, miał gościnne wykłady, współprowadził warsztaty ze studentami, brał udział w pracach sądu konkursu architektonicznego, widział bezpośrednio różne związane z odbudową działania, w niektórych trochę uczestniczy; brał także udział w związanych z odbudową Ukrainy spotkaniach poza jej granicami oraz online.

Punktem wyjścia była prowokacyjna teza: czy Polska „oddaje walkowerem” udział w odbudowie Ukrainy.

Cezary Gmyz od początku nadawał rozmowie ton polityczno-geopolityczny. Przypominał, że wojna nie zaczęła się w 2022 roku, tylko w 2014, i że Ukraina była już wtedy krajem zniszczonym i zaniedbanym infrastrukturalnie. Jego niepokój dotyczył tego, że Zachód – zwłaszcza Niemcy – już w pierwszych miesiącach wojny zaczął myśleć o Ukrainie w kategoriach stref wpływów i przyszłych kontraktów. Wspominał konferencje dyplomatyczne, na których de facto „dzielono” Ukrainę na obszary odpowiedzialności, i fakt, że Polsce miały przypaść regiony wschodnie, być może już na stałe poza kontrolą Kijowa, podczas gdy Niemcy rezerwowali sobie Kijów czy zabytki. W jego narracji wyraźnie wybrzmiewała obawa, że Polska – mimo ogromnego politycznego i wojskowego zaangażowania – nie potrafi przekuć tego w trwałą obecność przy stole, gdzie dzielone są pieniądze i wpływy.

Hubert Trammer, patrzący na sprawę z perspektywy „od dołu”, lokalnej i zawodowej, w dużej mierze tę diagnozę potwierdzał, choć w innym rejestrze. Opisywał Ukrainę jako kraj, w którym odbudowa już trwa, mimo że wojna się nie skończyła: naprawiane są dachy, adaptowane opuszczone budynki dla przesiedleńców, budowane są szkoły, szpitale i mieszkania, a równolegle powstają dziesiątki masterplanów, wizji i strategii dla całych miast i regionów – od Mariupola po dolinę Dniepru. W tym świecie, jak mówił, Niemcy, Holendrzy czy Duńczycy są niezwykle aktywni: mają agencje grantowe (jak GIZ), fundacje partyjne, ambasady finansujące warsztaty, konkursy i projekty. To daje im stałą obecność, sieć kontaktów i wpływ na sposób myślenia o przyszłej Ukrainie.

Polska, w jego ocenie, pomaga realnie – wysyła sprzęt, kontenery, finansuje piętra w szpitalach, dokumentuje zabytki – ale robi to fragmentarycznie i bez strategii. Brakuje czegoś, co budowałoby „markę” Polski jako partnera odbudowy: stałych programów, obecności ekspertów, udziału w forach, gdzie kształtuje się wizje przyszłych miast. Ukraińcy, jak podkreślał, wcale nie są niechętni Polakom; przeciwnie, reagują zwykle z sympatią i wdzięcznością, a jego własne doświadczenia w Mikołajowie, Zaporożu czy Lwowie są raczej bardzo dobre. Problem polega raczej na tym, że Polacy rzadko się pojawiają w tych miejscach i formatach, w których buduje się przyszłe relacje.

Gmyz próbował jednak wejść głębiej w pytanie, czy nie ciąży tu także historia – Wołyń, Bandera, nierozliczone traumy. On widzi w elitach ukraińskich czasem rezerwę, a nawet wrogość wobec polskiej narracji historycznej, i zastanawia się, czy to nie osłabia naszej pozycji. Hubert Trammer odpowiadał bardziej niuansami: mówił o realnych sporach pamięci, o wypieraniu zbrodni UPA przez część Ukraińców, ale też o tym, że kult Bandery w dużej mierze wyrasta z antyrosyjskiej tożsamości, a nie z wrogości wobec Polaków. Podkreślał, że dla wielu Ukraińców te kwestie są nowe, nie do końca przemyślane, i że równolegle istnieją inicjatywy dialogu historycznego, także z polskim udziałem. W jego ocenie to raczej nie historia blokuje współpracę, tylko brak polskiej obecności w praktycznych, „technicznych” polach odbudowy.

W dalszej części rozmowy różnica perspektyw jeszcze się uwidoczniła. Cezary Gmyz myślał w kategoriach wielkich, geopolitycznych projektów – sieci transportowych, korytarzy kolejowych, a nawet wizji połączenia Bałtyku z Morzem Czarnym. Hubert Trammer przyznawał, że o takich ideach się mówi, zwłaszcza w kontekście kolei i integracji z Europą, ale z dużym sceptycyzmem co do tempa i realności ich realizacji. Dla niego istotniejsze było to, że już teraz Holandia czy Dania poprzez konkretne programy – szkoły, miasta patronackie, konkursy architektoniczne – budują trwałe przyczółki w Ukrainie.

Wypowiedź z sali, w której padł przykład gruzińskich centrów obsługi obywateli jako możliwej polskiej „specjalizacji”, tylko wzmocniła ten wątek: że Ukraina potrzebuje nie tylko pieniędzy, ale też rozwiązań systemowych i symbolicznych, które można przypisać konkretnym partnerom. Gość przyznał, że takie specjalizacje mają sens – jak litewskie szkoły czy duńska opieka nad Mikołajowem – i że to właśnie tu Polska mogłaby zaznaczyć swoją obecność, gdyby chciała.

Całe spotkanie odwierciedliło dwa rózne spojrzenia na tę kwestię. Gmyz patrzył na Ukrainę jak na przyszłe pole gry wielkich państw i obawiał się, że Polska zostanie zepchnięta na margines. Hubert Trammer pokazywał Ukrainę jako żywy, chaotyczny ekosystem odbudowy, w którym wygrywa ten, kto jest na miejscu, buduje relacje i inwestuje w wiedzę i projekty. Oboje w gruncie rzeczy mówili to samo: Polska dziś pomaga Ukrainie ogromnie, ale jeśli chodzi o długofalową obecność w jej odbudowie – rzeczywiście ryzykuje, że odda to pole innym.